Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obzarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obzarstwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 grudnia 2012

Dzis panna Andzia ma wychodne .....


dzis jest sama  wielka dama.
Dzis ma jak pani ...... ciuchy modne
bo dzis .......... idziemy na proszony obiad!!!

Bardzo lubie gotowac, szykowac, nakrywac, ale najbardziej ......
lubie usiasc przy nakrytym stole i zajadac sie przysmakami, ktore ktos inny przygotowal.
Bo nowe dania i nowe smaki ..... i bez  najmniejszej obawy, ze cos moze sie nie udac.

Zabieram sie teraz za "robienie sie na bostwo"  ..... bo dzisiaj mam byc dama ..... i to wieka!!! ..... a w skrytosci wyznaje, ze przez dwa dni nawet udalo mi sie "powiekszyc"...... o kilka dekgramow ;(((

.... oj! a tu jeszcze Sylwester i Nowy Rok, potem Trzech Kroli, a potem ..... wielkie odchudzanie.

wtorek, 6 grudnia 2011

...... BARDZO .... wielkie obzarstwo....


.....i uzywajac powiedzonka mojego Pierworodnego, ktore stworzyl w wieku lat "bardzo mlodszych" stwierdzam, ze ....
najadlam sie jak swinia bez oczu!


Powiedzonko to weszlo do stalego repertuaru w naszej rodzinie i w kregu naszych znajomych, i co najgorsze jest dosc czesto uzywne;)
Zapytalam kiedys, "bardzo mlodego" wowczas Pierworodnego, dlaczego ... bez oczu?
i otrzymalam calkiem logiczna odpowiedz:
bo jakby miala oczy to by widziala ile je!!!


Ja chyba mialam wczoraj wielki problem z moimi oczami bo nakladalam na talerze o wiele wiecej niz moj biedny przewod pokarmowy byl w stanie strawic.
Pocieszam sie jednak, ze podobne problemy z oczami mialy i moje kolezanki, i ludziska przy sasiednich stolach.
Ale jak tu nie miec problemow, kiedy stoly pieknie zastawione metr za metrem:
sledzikami w rozmaitych wariantach, sosach i przyprawach,
polmiskami z lososiami w  "5 odslonach",
szynkami, wedlinami, kielbasami, pasztetami i "dziczyzna"  z salatkami i sosami pasujacymi do kazdego gatunku z osobna i do wszystkich razem

.... i tu zrobilam malutka przerwe, aby skonsumowane jedzonko sie "osiadlo". Czekalam, a tu nic.... nie zrobila sie zadna "dziurka", ktora moglabym wypelnic daniami goracymi, wiec sobie odpuscilam.

Nie odpuscilam sobie jednak serow i slodkosci..... a naprawde powinnam!!!

Calej tej "orgii smakow i zapachow" towarzyszyly przepiekne tony muzyczne w wykonaniu bardzo utalentowanych mlodziencow ...... z Harmony six



.... i cale szczescie, bo od czasu do czasu zapominalam o "przezuwaniu" i upajalam sie ich glosami...... i "zyciodajmnymi napojami".

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Basta...............

....koniec obzarstwa!!! Oznajmilam dzisiaj moim najblizszym. Z wielkim mozolem utracone w czasie postu;) gramy w 3 dni zmienily sie w kilogramy ....i to na plus!
Podobno od przybytku glowa nie boli..... ale mnie zabolala. I to nie tylko glowa.
Poczulam sie najedzona, objedzona, zajedzona (jak to mowil moj syn), utyta, roztyta i taka........... wielgasna.
Nie rozumiem wlasciwie dlaczego? ..... ograniczylismy ilosc spozywanych posilow z 4 dziennie : sniadanie, lunch, obiad i kolacja, na jedynie dwa!!!-swiateczne: przedpoludniowy i popoludniowy, ale i to nie pomoglo.
Uznalam, ze nalezy zrobic cos drastycznego, wiec placki do szafy.....


..... jedzonko pochowane, stol wyczyszczony ....


.... a my na wedrowke na swiezym powietrzu.
Przemierzylismy kilka kilometrow wzdluz i  w poprzek!  naszego pieknego jeziora Wenerskiego ....


podziwiajac widoki, ptaki, roslinki i ryby.
Za sprawa tych ostatnich przezylam tradycyjny zwyczaj Wielkanocnego Poniedzialku ..... czyli Smingus-Dyngus.
W szuwarach zobaczylam leniuchujacego sie wwwwwielkiego szczupaka i zaczalam cykac mu zdjecia, a ze babie zawsze malo, wiec podchodzilam coraz blizej i blizej. Chcialam go zaskoczyc i zrobic prawie makro.... ale to szczupak mnie zaskoczyl - wyskoczyl z wody na pol metra....... dal nura i poplynal. Ja musialm wycierac aparat i szuszyc sie na sloneczku.....


.... a ze sloneczko swiecilo bardzo cieplutko nie trwalo to zbyt dlugo. A czas wykorzystalismy na kawe z malenkim kawalkiem ciasta!!! .... i w dalsza droge.
Uwielbiam spacery wzluz brzegow wod.... i poszukiwanie skarbow ....
czasami cos znajde, czasami nie, ale zawsze mam karte wypelniona zdjeciami, ktore wkladam do albumu pod tytulem : na brzegu morza, przy brzegu morza, na brzegu morza przy brzegu........





Do domu wrocilismy............. na kolacje, nie odczuwajac nawet glodu, ale dotlenieni, wypoczeci i kilka gramow lzejsi.

czwartek, 16 grudnia 2010

Malutenieczko.... a jednak za duzo....

to najlepsze okreslenie tego co dzialo sie dzisiejszego wieczoru.
Za tymi oto drzwiami......

w towarzystwie przesympatycznych znajomych spedzilam kilka godzin.
W restauracji mieszczacej sie w piwnicach tego wlasnie budynku zajadalam sie smakolykami z tzw. szwedzkiego - julbord - czyli stolu swiatecznego.
Wszystko byloby dobrze gdyby ten stol byl jeden..............!!!
Wspanialy szef kuchni chcial zabylsnac swoimi umiejetnosciami kulinaryjnymi i .... zastawil stolow kilka.
Zrobil to przemyslanie i tematycznie.
Jako milosniczka ryb ..... rozpoczelam obzarstwo od sledzikow  - po malenkim kawaleczku z kazdego gatunku ........... i zapelnilam caly talerz. !
I tu wlasciwie powinnam zakonczyc moja uczte..... lecz zrobilo mi sie zal kucharza, ze tak bardzo sie napracowal, i podazylam do nastepnego stolu - tym razem zastawionego rybami ....  znow po malusienkim kawalaczku zapelnilam nastepny talerz.
Trzeci, czwarty i piaty stol ..... ominelam wielkim lukiem podziwiajac na odleglosc szynki, pasztety, miesiwa, kielbasy....... Na gorace potrawy nawet nie spojrzalam.
Uczte zakonczylam przy stole ze slodkosciami ..... bo mimo, ze brzuszysko zmienilo gabaryty nie moglam sobie odmowic kilku malusienkich smakolykow............do kawy.

Jak co roku ...... przyrzekam, ze juz nigdy, nigdy wiecej........ i mam nadzieje, ze dotrzymam slowa ...........do nastepnego roku!

niedziela, 27 grudnia 2009

Swieta, swieta...i po swietach.......

.... formalnie tak, ale w tym roku dostalismy od kalendarza jeden dodatkowy dzien na swietowanie .... albo na wypoczynek!!!
Niech kazdy wykorzysta go w najlepszy sposob.
My musimy poswiecic go na wysilek fizyczny .... tzn. odsniezanie !!! Ale moze to i dobrze - bo po takim "obzarstwie" jakie sami sobie fundujemy .... to bardzo potrzebne.
Chyba....... udalo mi sie dotrzymac slowa i nie zrobilam wiecej potraw niz w roku poprzednim!!! Ale - te wszystkie obowiazkowe potrawy z kuchni szwedzkiej i polskiej oraz nasze rodowe potrawy sprawiaja, ze stol sie lekko ugina!!!
dobrze, ze zachowalam inna wazna tradycje z mojego domu rodzinnego - "wizyterow". Tradycja troszeczke zostala zmodernizowana i obecnie odwiedzin dokonuja cale rodzinki ....... a nie tak jak w dawnych czasach - kiedy to wizyterami byli tylko panowie - gdyz panie siedzialy w domu.......... i oczekiwaly na wizyterow, aby ich ugoscic!!!
Odwiedziny te odbywaly sie w pierwszy dzien swiat - Wigilja nalezala bowiem do najblizszej rodzinki!!! a w drugi dzien swiat wydawano proszone obiadki.
Wiec w naszym domu w pierwszy dzien swiat bylo dosc gwarnie i wesolo a goscie wymieniali sie miejscami przy stole i pomagali nam wyprozniac polmiski - ku mojej wielkiej radosci!!!


Na sniadanie i lunch czyli tak zwany brunch serwowalam tradycyjne potrawy swiateczne.

Obiado-kolacja serwowana po godzinie 18 -tej skladala sie z 3 dan :
- przystawka: to losos przyrzadzony wg tradycji lapponskiej serwowany z kawiarem z sielawy, smietana i czerwona cebulka.
- danie glowne - to kaczka orange. Poniewaz uzywalam tylko piersi z kaczek, wiec usmiercilam kilka "kaczorkow"!!! (jednego - a wlasciwie jedna -nawet z premedytacja)- napewno ku zadowoleniu wielu ?- a... napewno moich gosci!!!
- deser - parfait z owocow rosnacych w Norrlandii .
Siedzac i jedzac nie zauwazylismy, ze za oknami ciagle padal snieg i przykryl caly otaczajacy nas swiat pierzynka tak okolo 30- 40 cm .
Okolo godz 24.00 gdy pierwsza para naszych gosci postanowila pojechac do domu zrozumielismy nagle powage sytuacji.
Po odkopaniu i wypchnieciu samochodu udali sie w "daleka podroz". Jazda w normalnych warunkach zajmuje okolo 20 min - tym razem trwala 4 razy dluzej ... i zakonczyla sie szczesliwie.
Nastepni goscie nie mieli takiego szczescia ........ ale miele jeszcze wieksze ... ich zamowiony transport nie dojechal do nas: wiec wyciagnelismy "naturalnie schlodzona" i swietowalismy do rana.

Po kilku godzinach snu .... od nowa Polska Ludowa.... i tak goscilismy sie do godziny 15 dnia nastepnego - az plugi odsniezyly nasze ulice osiedlowe i wreszcie mozna bylo poruszac sie samochodem.
Pieknie ... dla tych co swietuja, uroczo dla dzieci ......... ale mysl o tych co pracuja, np sluzba zdrowia, straz itd - podnosila moje wlosy na glowie o kilka cm!!!